![Wiedźmin: Syreny z głębin (2025) - recenzja filmu [Netflix]. Mała Syrenka spotyka Johna Carpentera](https://pliki.ppe.pl/storage/1ad61df13155f90605b4/1ad61df13155f90605b4.jpg)
Wiedźmin: Syreny z głębin (2025) - recenzja i opinia o filmie [Netflix]. Mała Syrenka spotyka Johna Carpentera
Netflix niemiłosiernie przeczołgał Geralta z Rivii. Co gorsza - dręczyć zamierza nadal. Jeśli “Wiedźmin: Syreny z głębin” miał być odbiciem po fatalnym serialu, to przy próbie lądowania skręcił sobie kostkę.
A przecież cała historia zaczyna się obiecująco. Stanowi oczywiste nawiązanie do opowiadania Andrzeja Sapkowskiego z drugiego tomu opowieści o Białym Wilku. Otóż nasz bohater musi opowiedzieć się po stronie w wojnie ludności Bremervoord z wodnikami, rozwiązać dramatyczny wątek miłosny księcia Aglovala i syreniej księżniczki, a przy okazji zdefiniować własne uczucia, gdyż nęcony jest przez niejaką Oczko.
O ile jednak “Trochę poświęcenia” skupia się na narracji za pomocą dialogów, a akcja - rozumiana jako walka - nie odgrywa tam głównej roli, o tyle w filmie Netflixa środek ciężkości zostaje przesunięty na sieczenie mieczem.




Na początku nie stanowi to większego problemu. Start, jako się rzekło, może się wręcz podobać. Od razu zostajemy rzuceni w wir wydarzeń, poznajemy stawkę, strony konfliktu bardzo szybko zostają zarysowane. Same potyczki, toczone głównie przez Geralta, są dość ciekawe, a już na pewno świetnie zanimowane. Zaczynamy od mocnego uderzenia, otwierająca sekwencja robi wrażenie, później wcale nie jest gorzej, a wręcz szybciej, krwawiej i bardziej, bo i zagrożenie, któremu Wiedźmin stawia czoła, urasta do gargantuicznych rozmiarów. Potencjalny zachwyt jest jednak krótki. Para idzie w gwizdek.
Wiedźmin: Syreny z głębin (2025) - recenzja i opinia o filmie [Netflix]. Na opak

Nie ma sensu kronikarsko porównywać “Wiedźmina: Syren z głębin” do “Trochę poświęcenia”. Zmiany wprowadzone przez autorów filmu są zbyt poważne, aby móc rozmawiać o pełnoprawnej adaptacji. To raczej swoista wariacja historii zaproponowanej przez Sapkowskiego. Jednocześnie w tym miejscu zaznaczyć wypada, że materiał źródłowy znacznie przerasta dzieło Netflixa. O ile bowiem wspomniane opowiadanie uważane jest za jedno z najlepszych spod pióra Sapkowskiego, o tyle trudno spodziewać się, aby najnowszy film ktokolwiek zaliczył do historii, jakie każdy fan Geralta powinien poznać.
Rzecz rozbija się przede wszystkim o to, jak płytka jest rzeczona wariacja. To zawstydzające nie tylko ze względu na to, że znaczna część wydarzeń rozgrywa się w toni wodnej, ale przede wszystkim na fakt, że scenarzyści zaledwie niewielki wyimek wątków byli w stanie rozwinąć na plus w stosunku do opowiadania z “Miecza przeznaczenia”. Wciśnięto retrospekcje dotyczące relacji Geralta z Yennefer, a przy okazji nie zrobiono niczego, aby lepiej zarysować uczucia, jakie względem głównego bohatera czyni Oczko - bardka, mieszkanka Bremervoord i przyjaciółka Jaskra. Mamy do czynienia z fabułą na wskroś przewidywalną. Potencjalnych zdrajców odgadniemy bez trudu, podobnie jak pozytywną przemianę jednego z bohaterów. Przede wszystkim jednak oczywisty staje się finał i to na bardzo wczesnym etapie. Działa on zupełnie w oderwaniu od “Trochę poświęcenia” - gdzie rozwiązanie wątków miało zupełnie inny charakter oraz wydźwięk - więc argument o niekorzystnym wpływie książki na odbiór filmu nie ma tutaj żadnego zastosowania.
Żadnego zastosowania nie ma też rozwinięcie historii do ponad półtorej godziny. Chociaż “Syreny z głębin” operują przede wszystkim scenami akcji, to niekiedy drepczą w miejscu. Postaciom brakuje mięsistości, sekwencje starć stają się powtarzalne, ale o ile one posuwają jakoś narrację do przodu, o tyle znów najbardziej ciernisty okazuje się finał, a w zasadzie finały. Produkcja Netflixa kończy się właściwie trzykrotnie, żaden nie daje poczucia spełnienia. Co więcej, jeden z nich jest niemal wprost wyrwany z uniwersum Disneya, cukierkowy i przywodzący na myśl zabawę syrenami-Barbie, co to niezbyt przystaje do tak momentami krwawej i brutalnej opowieści.
Wiedźmin: Syreny z głębin (2025) - recenzja i opinia o filmie [Netflix]. Na morza dnie, ktoś jednak was siecze

“Syreny z głębin” nie stronią od przemocy. Epatują nią. Krew leje się hektolitrami, nie ma oszczędzania ani mężczyzn, ani kobiet. Sceny śmierci są przy tym widowiskowe. Liczby ściętych głów pozazdrościłby Longinus Podbipięta, lecz finezja wykracza daleko poza to. Zdarza się, że ktoś zostanie rozerwany przez krakena, zdarza się, że ów stwór kogoś zeżre, zdarza się też zmiażdżona czaszka, przebicie wielką włócznią, nabicie na hak z liną, wreszcie rozerwanie wnętrzności. Romans z horrorem jest przy tym głębszy. Jedna ze scen udanie wplata mikro-sekwencję, która przywołuje na myśl poronione dzieła Johna Carpentera. Tym samym “Syreny z głębin” stają się produkcją wyłącznie dla dorosłych, ale próżno uciec przed wrażeniem, że to sztuka dla sztuki. Gdyby krwawość ograniczyć do minimum, lub wygumkować ją całkowicie, historia nie straciłaby na jakości, a być może nabrała spójności.
Nie chodzi o to, że sprzeciwiam się mariażowi skrajnych gatunków filmowych, takie zabiegi potrafią być nader ciekawe. Problem w tym, że w “Syrenach z głębin” dysonans staje się na tyle duży, że wybił mnie ze świata przedstawionego. Z jednej strony opisane wcześniej potworności, z drugiej postać morskiej wiedźmy będącej dosłownie Urszulą z “Małej Syrenki” - i pod względem umiejętności, i ambicji, i intrygi, i Monologu Głównego Antagonisty, i… muzyki. Piosenek w produkcji Netflixa jest bowiem zaskakująco dużo, ale trudno ocenić mi je pozytywnie.
Wiedźmin: Syreny z głębin (2025) - recenzja i opinia o filmie [Netflix]. Łyżka miodu

Nie wszystko jednak wypada źle. Słowo uznania należy się Jackowi Rozenkowi, powracającemu do dubbingowania Geralta. Rola świetna, charakterystyczna. Główny powód, dla którego zdecydowałem się na wybór polskiej ścieżki dialogowej. Muszę również przyznać, że zostałem pozytywnie zaskoczony postacią Jaskra. Chociaż zgrzytałem zębami na jego wyjątkowo wysokie umiejętności fechtunku, to na moment schowałem do szuflady podświadomość książkowego zapaleńca i dałem się kupić postaci niezdarnej, uroczej, a przede wszystkim zabawnej. Umiejętny slapstick, kilka ping-pongów słownych, a do tego ciekawe przedstawienie młodości barda. Jaskier twórcom naprawdę wyszedł, pod względem pogłębienia zdystansował nawet samego Geralta.
Gdyby na takim poziomie stała całość, pewnie bym się nie czepiał. A tak czepić się muszę. Bo chociaż sceny walki efektowne (również efekciarskie), duet Geralta z Jaskrem niezawodny, a animacja wykonana cokolwiek porządnie, to nie wystarcza to na pozytywną ocenę. Na akcji skupiono się do tego stopnia, że zabrakło rzeczy najważniejszej - podbudowy. Trudno uwierzyć w miłość, trudno uwierzyć w relacje, jeśli poprzedzone są jedną, dwiema scenami, okazjonalnie dłuższym dialogiem. Szkoda, bo potencjał był spory, ale zabrakło trochę poświęcenia czasu na dopracowanie historii.
Atuty
- Nowa geneza Jaskra
- Rozenek jako Geralt
- Animacja na wysokim poziomie
Wady
- Brak stawki, intrygi angażującej widza
- Łupanina dla łupaniny bez podbudowy
- Nieudany miszmasz gatunków
- W większości nieudane sceny śpiewane
Typowy Wiedźmin od Netflixa jest typowy. Obejrzeć można, ale bardziej wiąże się to ze stratą czasu niż poczuciem obcowania z ciekawą historią. Kolejny dość bolesny niewypał.
Przeczytaj również






Komentarze (27)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych