Saturday Night (2024) - recenzja filmu. Legenda przez dziurkę od klucza

Saturday Night (2024) - recenzja i opinia o filmie. Legenda przez dziurkę od klucza

Jan_Piekutowski | 18.02, 22:30

Saturday Night Live to dla Amerykanów rzecz sakramentalna. Film Jasona Reitmana do tajemnicy ołtarza nie dociera, ale skutecznie wkrada się na zakrystię. Niektórym to wystarcza.

Zrozumienie fenomenu “Saturday Night Live” jest trudne z perspektywy Polaka. Nasz kraj, jakby nie dość się już nacierpiał, otrzymał tylko jeden sezon krajowej wersji, chociaż, patrząc na jej poziom, był to aż jeden sezon. Adaptacja okazała się zupełnie nietrafiona, spóźniona, a przede wszystkim nieszczera.

Dalsza część tekstu pod wideo

“Saturday Night” w reżyserii Jasona Reitmana nieszczere nie jest. To wypełniony bezgraniczną miłością hołd złożony najważniejszemu wytworowi amerykańskiej telewizji. Inna sprawa, że tworzenie filmu z pozycji kolan niekiedy bywa problematyczne.

Saturday Night (2024) - recenzja i opinia o filmie. Wiele hałasu o nic

Saturday Night_1

Największy problem filmu Reitmana to niewątpliwie stawka, a raczej jej brak. Przez półtorej godziny podążamy za reżyserującym tytułowy program Lorenem Michaelsem (Gabriel LaBelle). Opowieść zaczynamy o 22:00, zatem tylko półtorej godziny przed wejściem show na antenę. Ciśnienie, w teorii, powinno być tym większe, że to debiutancki odcinek “Saturday Night”, a obsadę w większości tworzą ludzie bardzo młodzi, sporadycznie mający na karku więcej niż 30 lat. Ich obycie z telewizją jest niewielkie, a przygotowanie do programu właściwie żadne, czego symbolem alpaka ściągnięta w ostatecznie niewiadomym celu. Mimo tego ciśnienia, nerwowości nie udało się Reitmanowi wytworzyć.

Być może wynika to z faktu, że finał sprawy — czyli ostateczny sukces “Saturday Night”— jest znany każdemu od samego początku. Nie zmienia to jednak faktu, że zaniedbania na poziomie scenariusza doprowadziły do niewystarczającego zaangażowania widza. Nawet przez moment nie siedzimy na krawędzi siedzenia, zastanawiając się, jakim cudem Michaelsowi uda się poskromić Johna Belushiego (Matt Wood) i Chevy’ego Chase’a (Cory Michael Smith), udobruchać szefującemu przedsięwzięciu Davida Tebeta (Willem Defoe), obejść nadzór cenzorki Joan Carbunkle (Catherine Curtin) lub zaspokoić ambicje Garretta Morrisa (Lamorne Morris).

Rzeczy się po prostu dzieją, wychodzą bohaterom, bo tak. Trudno dać wiarę, że niemal wszystko zostało oparte na czynniku szczęścia. Dominuje leniwy chaos, przez co film fragmentami przynudza. Nie oznacza to jednak, że jest zły.

Saturday Night (2024) - recenzja i opinia o filmie. To jest, proszę pana, wielkie granie

Saturday Night_2

Nie wiem, jak przebiegał casting do “Saturday Night”, jednak jest to jeden z najlepszych castingów w historii telewizji. Tutaj nie ma złej roli. Odtwórcy najważniejszych postaci wręcz brylują na ekranie. Dotyczy to zarówno sprawdzonego już Michaela Smitha, jak i wyciągniętego z niebytu Wooda. Gość wygląda jak Belushi, zachowuje się jak Belushi, jest Belushim. 

Słowa uznania należą się również biegającym na drugim i trzecim planie. Defoe, który najwyraźniej zapomniał, czym jest sen i gra we wszystkim, wszędzie, naraz, jest jak zawsze świetny. Jeszcze lepiej wypada jednak maleńka rola JK Simmonsa, wcielającego się w Miltona Berle’a, Pana Telewizję — to jego programy “Saturday Night Live” ma odesłać do lamusa. Paradoksalnie w tym kontekście to Simmons, swoją bezczelnością, swadą i charyzmą ekranową, wygrywa krótki pojedynek z Michaelem Smithem. Przez jeden moment stara telewizja góruje nad nadchodzącym tajfunem.

Ten nieporadnie stara się zatrzymać Curtin w roli cenzorki. Jej postać jest stereotypowo głupia, zanurzona w katolickim wychowaniu do tego stopnia, że nawet czubek głowy nie wystaje ponad powierzchnię. Niemniej, Curtin daje radę i kreuje bohaterkę umiejętnie działającą w symbiozie z resztą świata przedstawionego. Właśnie w tym zakresie “Saturday Night” jest najbliżej “Saturday Night Live” — pokazuje, że sukces to dzieło grupy, a nie indywiduum, niezależnie jak genialnego. 

Saturday Night (2024) - recenzja i opinia o filmie. Czuć klimat i suchość w ustach

Saturday Night_3

Świetne występy aktorskie sprawiają, że “Saturday Night” wchodzi dość bezboleśnie, w czym niewątpliwie pomagają scenografia oraz kostiumy. Zadbano o szczegóły, na coś 25 milionów dolarów budżetu musiało zostać przeznaczone. Postawiono więc na stroje oddające ducha epoki, efektowne przestrzenie studyjne, znalazło się również miejsce na rewelacyjnie wyglądające kukiełki Jima Hensona (Nicholas Braun). Dymu papierosowego jest zaś tyle, że człowiek krztusi się przed ekranem. Amerykańskie lata 70. biją po oczach i to wychodzi “Saturday Night” na dobre.

Podobnie jak fakt, że… to nie jest arcyzabawny film. Momentami bywa naprawdę sucho, jednak takim też epitetem można określić premierę z 1975 roku. Wiele żartów nie zdaje egzaminu z dzisiejszej perspektywy, ale nie jest to wada. “Saturday Night” najbardziej bawi nie gagami wyciągniętymi z telewizyjnego studia, lecz otoczką, bufonadą Chase’a, rozterkami Belushiego, świętością Hansona, kulisami. A to właśnie na nich skupia się produkcja Reitmana.

“Saturday Night” ma swoje problemy, ale nie sposób odmówić mu serca oraz aktorskiego zaangażowania. Nie mówi właściwie niczego o kontekście powstania ikony telewizji, ale czy to był cel reżysera? Szczerze wątpię i nad tym ubolewam, bo przecież “SNL” jest nierozerwalnie spleciony z kwestiami społecznymi. Film Reitmana to raczej list miłosny do postaci tak wyidealizowanej w oczach twórcy, że aż pozbawionej wad. Legendę oglądamy przez dziurkę od klucza.

Atuty

  • idealny casting
  • przedstawienie światu Matta Wooda
  • dopracowana scenografia
  • film dla fanów od fanów

Wady

  • rozczarowujący brak napięcia
  • konteksty w głębokim poważaniu
  • film dla fanów od fanów

Świetne występy aktorskie sprawiają, że “Saturday Night” wchodzi dość bezboleśnie, w czym niewątpliwie pomagają scenografia oraz kostiumy. Ma swoje problemy, ale nie sposób odmówić mu serca oraz aktorskiego zaangażowania. Film Reitmana to raczej list miłosny do postaci tak wyidealizowanej w oczach twórcy, że aż pozbawionej wad. Legendę oglądamy przez dziurkę od klucza.

6,5
Jan_Piekutowski Strona autora
cropper